O kilku dni panuje piękna zima, niewielki mróz, świeży śnieg i wspaniała słoneczna pogoda. Taka aura zachęca do wyjścia w teren. Jedni jeżdżą na nartach inni na łyżwach, a mnie ciągnie do lasu. Zachciało mi się do „moich” żubrów. Mam takie jedno miejsce na Mazurach Garbatych gdzie prawie zawsze mogę je spotkać. Tym razem jechałem na pewniaka. Muszą tam być – myślałem sobie. Jednak jak to w przyrodzie bywa nic nie jest pewne na 100%. Czasem można zobaczyć coś ciekawego zupełnie niespodziewanie, innym razem pewniaki się nie udają. Tym razem nie spotkałem Króla puszczy. Nie znaczy to jednak że była to nieudana wędrówka. Przede wszystkim przy takiej pogodzie są piękne widoki, zwłaszcza na dalekie odległości. Udało mi się znaleźć pośród starego lasu wysokie wzniesienie skąd rozpościerała się wspaniała panorama na okolicę. Niezwykłe było to, że urozmaicona pagórkami puszcza ciągnęła się nieprzerwanie po horyzont.

Kto potrafi wskazać we współczesnym świecie takie miejsce? Jest w tym widoku jakaś tajemnica, którą kryją leśne ostępy. Gdzieś tam daleko drzemie nieokreślona dzikość. Przypomniało mi to trochę bezkresna syberyjską Tajgę. No ale wracając do żubrów. Mogę powiedzieć, że deptałem im po „piętach”. Natknąłem się na legowisko, a nawet pięć legowisk.

Nie było to może ich miejsce stałego noclegu, a jedynie chwilowego odpoczynku. Czyli były tu całkiem niedawno tylko to ja się spóźniłem. Niedaleko był też spory pień przewróconego drzewa. Ślady na śniegu pokrywającym pień wskazywały, że zwierzęta musiały przez niego przechodzić. Czyżby dla zabawy? Tego nie wiem.

Kilka kilometrów marszu w tym nie tak wysokim śniegu spowodowały, że się lekko zdyszałem. Nie dlatego, że to jakiś specjalnie duży wysiłek po prostu człowiek odzwyczaił się od takich przecież normalnych zim. Chwila odpoczynku, łyk herbaty z termosu i zjedzona kanapka przywróciły energię. To było udane wyjście. Dopisała pogoda, były piękne widoki. A żubry? Trzeba przyjechać jeszcze raz!