Siedzi coś takiego w człowieku, że jakiś „duch” ciągnie go do Matki Natury. Piękna jesienna pogoda, błękitne niebo, kolorowe liście zachęcają by wyrwać się i zaczerpnąć w płuca świeżego powietrza. Nasycić wzrok niezurbanizowaną przestrzenią, posłuchać odgłosu ptaków, przeżyć kolejną przygodę, naładować akumulatory. No po prostu trzeba gdzieś się wybrać!
Tym razem padło na Puszczę Borecką. Ona nigdy nie zawodzi! 😉 Wielogatunkowy las położony pośród jezior, rzeczek i mazurskich wzgórz tworzy malownicze krajobrazy z ogromnym bogactwem przyrodniczym. Szybko się spakowałem i ruszyłem w dzikie ostępy. Mój pośpiech miał później okazać się złym doradcą ale o tym w dalszej części.
Pełen energii dotarłem na dobrze znany mi leśny parking. Biorę plecak, lornetkę, aparat. Lekki bagaż bo jest to rekreacyjny wyjazd, a nie poważna wyprawa. Nie wziąłem teleobiektywu (raptem mam taki, którego zoom to 300 mm) bo w środku dnia przecież nie spotkam nic ciekawego. Na początku marszu sójka przywitała mnie swoim skrzeczeniem, później widziałem myszołowa i już było przyjemnie. Jak niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba… Ale zauważyłem też dobrze znane mi tropy żubrów.

O cho… pomyślałem sobie – będę miał szczęście jak je spotkam. Idąc mało uczęszczaną leśną drogą trafiłem na świerka z intensywnym wyciekiem żywicy na niewielkiej wysokości. Wiedziałem, że trzeba mu się bliżej przyjrzeć.

Nisko nad ziemią, w żywicy dostrzegłem przyklejony włos ze szczeciny dzika. Poza tym, że jest czarny posiada charakterystyczne „wielowłosowe” zakończenie, czego nie ma sierść innych gatunków zwierząt.

Nieco wyżej na pniu była brązowa sierść. Nie taką jak mają sarny czy jelenie, ta była z pewnością żubra.

Oglądany przeze mnie świerk widocznie spodobał się zwierzynie, która namiętnie ocierała się o niego. Było to na tyle częste i silne, że uszkodziło korę i spowodowało silny wyciek żywicy. Gdzieś tu muszą być żubry – pomyślałem i ruszyłem powoli drogą przed siebie. W wypatrywaniu żubrów jest pewien paradoks. Wydaje się, że duże stworzenia będzie łatwo dostrzec ale tak nie jest. Pośród złamanych drzew, sterczących pniaków i wykrotów w oddali łatwo przeoczyć brązowo – brunatną sylwetkę króla puszczy. Nagle na wzniesieniu przede mną spostrzegłem jednego.

Odruchowo zatrzymałem się i szybko obejrzałem okolicę czy nie ma ich więcej. Zwierz schował się za górką. Powoli podszedłem i zobaczyłem jeszcze kilka.

One już wcześniej musiały mnie usłyszeć lub wyczuć. Stoimy w bezruchu. Co za pech pomyślałem, nie mam ani lunety by im się przyjrzeć ani teleobiektywu (tutaj wyszło nieprzemyślane pakowanie). Ponieważ i tak zwierzęta mnie widziały i w każdej chwili mogły uciec (lub ruszyć w moja stronę), a ja nie chciałem ich płoszyć postanowiłem więcej ich nie niepokoić i powoli wycofałem się. Nie często zdarza się zobaczyć na wolności dzikie żubry. Po takim spotkaniu zadowolony ruszyłem dalej prze puszczę. Przeszedłem jeszcze kilka kilometrów i dotarłem do samochodu.