Rzeczą oczywistą jest, że najlepsze ryby są prosto od rybaka. U dobrego można kupić nie tylko świeże ale i wędzone. Mam ten komfort, że kilku jest całkiem blisko. W tym roku jednak długo czekałem na stynkę. Na Suwalszczyźnie walory smakowe tej niewielkiej ryby znane są od dawna. Regionalna tradycja spożywania i okresowe możliwości połowu sprawiają, że jest to produkt jak najbardziej w duchu Slow.

      Na początku należy zastrzec że mowa tu o stynce jeziornej, nie mylić z morską, która jest większa i w moim subiektywnym odczuciu nie tak smaczna. Jest to rybka wielkości do 10 cm, taka słodkowodna szprotka. Kupić ją to nie jest prosta sprawa. Występuje w czystych i głębokich jeziorach, a z tym jak wiadomo coraz trudniej. Jakość wód z pewnością ma wpływ na smak i walory odżywcze. Odławiana jest w okolicach Suwałk lub na Mazurach. Rybacy wybierają się po nią tylko zimą, a to z dwóch powodów. Po pierwsze jest na tyle delikatna, że kiedy nie było jeszcze chłodni to latem trudno ja było przechowywać. Po drugie jako  stworzenie niewielkich rozmiarów najlepiej łapać kiedy zimą zbija się w duże ławice. Latem pojedyncze sztuki czasem zaplączą się w sieć nastawioną na sielawę.  Ryba bardzo delikatna nie nadaje się do maszynowego przerobu dlatego przemysł przetwórczy raczej nie jest nią zainteresowany. 

      Kiedy siarczyste mrozy zetną pobliskie jeziora, rybacy wyruszają na połowy. Maja oni  swoje metody na rozciąganie sieci pod lodem. Stawianie sieci na zamarzniętej tafli jeziora zakrawa na żart. Ale tutejsza tradycja, doświadczenie poprzednich pokoleń wypracowało sposób i na to. Sam tego nigdy nie widziałem, ale ryby przynoszą. Systematycznie dopytywałem kiedy będzie stynka. Tej zimy lud był słaby i ze względu na bezpieczeństwo rybacy odpuścili. Ale pod koniec zimy kiedy lód zszedł wcześniej niż zwykle z pomocą przyszli mazurscy rybacy. Postawili sieci  nietypowo jak na marzec bo na „chodzącej” wodzie. Tutaj mówi się, że jezioro ”chodzi” kiedy nie jest skute lodem. Na rynek trafiła niewielka ilość stynek. Błyskawicznie się rozeszły i po pierwszym dniu w magazynie chłodni zostało jej zaledwie kilka kilo.

 

 

Mi akurat udało się zdobyć tyle ile potrzebowałem.

      Sprawianie tej ryby w zasadzie ogranicza się do odcięcia głowy i wyciągnięcia tego co się za nią ciągnie. Pojedynczą sztukę robi się bardzo szybko bo nie trzeba skrobać ani patroszyć. Ale ze względu na rozmiar rybek na kilogram składa się kilkadziesiąt sztuk. Pierwszy kilogram idzie szybko ale na kolejne musiałem poprosić o posiłki. Wyczyszczoną i umytą rybę (pamiętać o soli) obtacza się w mące i smaży na sporej ilości oleju.

 

Po usmażeniu wyglądem przypomina frytki. Mogą być bardziej chrupkie lub miękkie. Podawać można z ziemniakami lub z chlebem choć ja wolę samą, bez dodatków. Najlepiej smakuje na ciepło. 

      Jest to smak po który warto wybrać się na Suwalszczyznę czy Mazury. Niewielka ilość jaka trafia na rynek oraz jego sezonowe występowanie sprawia, że jest to produkt dla ludzi ceniących niepowtarzalny smak i najlepszą jakość. Jest niepodrabialny, a co z tym związane zawsze będzie oryginalny. Stynki nie dostanie się w hipermarkecie. Trzeba wybrać się po nią na bazar, a najlepiej do rybaków. 

 

Osobiste zaangażowanie w „zdobycie” tej wybornej ryby z pewnością poprawia późniejsze walory smakowe.