W tym roku chyba każdy słyszał o niezwykłym grzybowym urodzaju. W pamięci wielu rok 2017 pozostanie jako grzybowy. Ale prawdziwi ludzie lasu dostrzegają coś więcej. U nas, a przynajmniej na północnym wschodzie obrodziły dęby.

Niby nic wielkiego. Przetworów się z tego nie zrobi ot co najwyżej ludzik dla dzieci. Nic bardziej mylnego. Przede wszystkim natura dębu jest taka, że urodzaj zdarza się raz na kilka lat. Wysyp żołędzi oznacza pełną stołówkę dla wielu zwierząt.

Zaczynając od najbardziej znanych amatorów dębowych owoców czyli dzików. Dla nich to wielki przysmak. Nie muszą wychodzić na odkryte pola i tam na ścierniskach szukać tego co nie zebrali rolnicy. Wystarczy pójść pod jakiegoś dąbczaka i pod jego koroną do woli się najeść. Żołędzi jest tyle, że jeszcze zimą w poszukiwaniu pokarmu dziki będą buchtowały w dąbrowach.

Dębiny również są odwiedzane przez mniejsze zwierzęta np. wiewiórki. O tym, że te sympatyczne stworzonka zbierają zapasy na zimę wiedzą chyba już dzieci w przedszkolu. Podobne zapasy robią również sójki. Nawet ich nazwa łacińska nawiązuje do dębowych owoców. Ptaki te mają specjalne zagłębienie pod językiem ułatwiające transport znalezionego żołędzia. Następnie taki owoc ukrywany jest gdzieś pod mchem czy miedzy konarami. W trakcie zimy nie wszystkie kryjówki są odnajdywane bo np sójka padła łupem kuny. Żołędzie to ciężkie owoce i wiatr ich nie rozsiewa. Skąd zatem biorą się młode dęby w miejscach gdzie nie ma starych drzew? Właśnie za sprawą sójek roznosicielek. Las to sieć powiązanych ze sobą różnych organizmów często na pozór wydawało by się niezależnych od siebie (lubię odnajdywać takie zależności). Jest tak w przypadku żołędzi i sów. Ktoś powie przecież sowy nie żywią się nimi. Urodzaj na żołędzie czy owoce grabu sprzyja dużej przeżywalności gryzoni, a te z kolei są pożywieniem wielu drapieżników. Lisy, kuny, sowy to zwierzęta, które dzięki temu urodzajowi będą miały więcej pokarmu zimą.